Zapytałem kiedyś na koniec spotkania: „czyli wszyscy się zgadzamy?”.
Sala pokiwała głowami. Zamknąłem temat zadowolony, bo poszło szybciej, niż zakładałem.
Czterdzieści minut później dostałem wiadomość na priv. Zaczynała się od zdania, które po latach rozpoznaję już po pierwszych trzech słowach: „tak tylko między nami, bo nie chciałem tego mówić przy wszystkich”.
Dalej były trzy akapity o tym, dlaczego decyzja jest zła. Trzy akapity, których nie usłyszałem na sali.
I wszystkie sensowne.
Problem nie polega na tym, że ktoś zmilczał
To jest ta część, którą łatwo pominąć, bo pierwsza odpowiedź, która przychodzi do głowy, brzmi „ludzie powinni mówić, co myślą”.
Powinni. Tylko że to nie jest opis rzeczywistości, tylko życzenie.
Rzecz, na którą warto spojrzeć, wygląda inaczej i jest znacznie mniej wygodna: cisza na sali wygląda identycznie jak zgoda. Nie ma dwóch odcieni ciszy. Nie ma ciszy „nie mam uwag” i osobno ciszy „mam uwagi, ale nie tutaj”. Wygląda tak samo, brzmi tak samo i tak samo zapisuje się w notatce.
Więc zapisujesz ją jako akceptację.
I masz do tego pełne prawo. Formalnie zapytałeś, formalnie nikt nie zaprotestował, formalnie decyzja zapadła. Gdyby ktoś Cię potem rozliczał z procedury, wyszedłbyś z tego bez zarzutu.
Koszt widzisz trzy tygodnie później.
Co dokładnie kupujesz za tę ciszę
Wyobraź sobie projekt, w którym na spotkaniu o zakresie zapada decyzja, żeby wejść w integrację od razu, zamiast po odbiorze pierwszego etapu. Osiem osób, godzina, konkretny temat. Nikt nie protestuje.
Trzy tygodnie później okazuje się, że dane, na których ta integracja miała stanąć, nie są jeszcze gotowe. Termin się przesuwa.
A na przeglądzie po fakcie pada zdanie, które boli najbardziej: „no przecież mówiliśmy, że to za wcześnie”.
I formalnie nikt nie kłamie. Mówili.
Tylko nie na sali, gdzie zapadała decyzja.
Dlaczego to nie jest kwestia charakteru
Człowiek, który chce zgłosić zastrzeżenie przy ośmiu osobach, robi w głowie bardzo szybkie obliczenie. Czy wyjdę na niekompetentnego. Czy zostanę zapamiętany jako ten trudny. Czy nie zaszkodzę sobie u kogoś, kto decyduje o mojej przyszłości.
Kiedy odpowiedzi są niepewne, milczenie jest ustawieniem domyślnym, bo w tej chwili nic nie kosztuje.
Najciekawsze jest jednak to, co ta cisza robi z resztą sali. Każdy, kto ma wątpliwość i nie słyszy cudzej, uznaje, że jest jedyny. I milknie tym mocniej.
Trzy osoby mające dokładnie to samo zastrzeżenie potrafią wyjść ze spotkania przekonane, że każda z nich jest w mniejszości jednoosobowej.
Nikt nikogo nie oszukał. Decyzja zapadła wbrew większości sali.
To zjawisko ma nazwę i jest starsze ode mnie
Sprawdziłem, jak opisują to inni, bo to jest ten rodzaj sytuacji, w której łatwo uwierzyć, że problem jest tylko u nas.
Jerry B. Harvey opisał go w 1974 roku jako paradoks z Abilene, od anegdoty o rodzinie z Teksasu, która zgodnie wybrała się w upale na wyprawę do Abilene, choć jak się później okazało, nikt nie miał na to ochoty. Sedno jest takie, że grupa podejmuje decyzję sprzeczną z preferencjami swoich członków, bo każdy błędnie sądzi, że jego wątpliwość kłóci się z konsensusem grupy.
To nie jest myślenie grupowe, w którym ludzie naprawdę się do siebie dostrajają. To jest pluralistyczna ignorancja: prywatnie przeciw, publicznie za, bo fałszywie zakładam, że reszta jest za.
Kevin Novak, pisząc o mechanizmie milczenia, ujmuje to jednym zdaniem, które warto mieć pod ręką: „A quiet room can feel like alignment”. Cicha sala potrafi sprawiać wrażenie zgody.
Jego wniosek jest niewygodny i dlatego go przytaczam. Każda organizacja, która była zaskoczona porażką projektu, o której „ktoś powinien był wiedzieć”, prawdopodobnie przerabiała jakąś wersję tego mechanizmu.
Mój błąd był konkretny i popełniam go do dziś, kiedy się nie pilnuję
Zapytałem „czy wszyscy się zgadzamy”.
To jest pytanie, na które milczy się najłatwiej. Odpowiedź twierdząca nie wymaga niczego. Odpowiedź przecząca wymaga wystąpienia przeciwko całej sali.
Zbudowałem pułapkę i sam w nią wszedłem.
I wiesz co? Przez dobrych kilka lat byłem przekonany, że problemem jest zespół.
Jedna zmiana, która działa od pierwszego spotkania
Nie będę udawał, że mam na to zestaw dwudziestu technik. Mam jedną, którą stosuję zawsze, i ona wystarcza w większości przypadków.
Nie pytam sali. Pytam imiennie i o konkret z czyjegoś podwórka.
Zamiast „czy wszyscy się zgadzamy” idzie: „Aniu, ta decyzja oznacza, że Twój zespół robi migrację w tym samym tygodniu co testy. Da się?”.
Różnica jest większa, niż wygląda. Człowiek pytany o własny kawałek odpowiada, bo w tym miejscu milczenie wygląda gorzej niż odpowiedź. Nie musi występować przeciwko sali, tylko opisać swoją robotę, a to jest coś, co i tak umie zrobić najlepiej z obecnych.
Przy okazji dostajesz odpowiedź konkretniejszą, niż byś dostał od całej grupy.
Dlaczego samo to wystarcza na początek
Nie dlatego, że rozwiązuje problem. Dlatego, że przesuwa go z obszaru, na który nie masz wpływu, do obszaru, na który masz.
Nie zmienisz tego, ile w danej firmie kosztuje powiedzenie prawdy przy przełożonym. To jest ustawione daleko poza salą i zwykle poza Tobą.
Ale prowadzący spotkanie ustawia co najmniej połowę tej ceny, i tego akurat nie da się zrzucić na kulturę firmy.
Zacznij od najbliższego spotkania, na którym zapada decyzja. Nie pytaj sali. Zapytaj dwie osoby imiennie o ich własny kawałek.
Jest spora szansa, że usłyszysz coś, czego nie było w notatce.
Mam do tego gotową kartę na jedną stronę, o sponsorze, który milczy, a potem pyta, czemu stoicie. Ten sam układ co wyżej: co się dzieje, dlaczego to nie jest zła wola, co zrobić i po czym poznać, że zadziałało.
Wysyłam ją za darmo, w całości, bez skrótów.
A Ciebie chętnie zapytam o coś innego: kiedy ostatnio ktoś napisał Ci na priv to, czego nie powiedział na spotkaniu? I co z tym zrobiłeś?
Wszystkie sytuacje opisane w tym tekście są oparte na autentycznych zdarzeniach, ale nie zawierają nazw firm, nazwisk ani danych konkretnych projektów.
Źródła: The Abilene paradox: how to avoid bad decisions in teams, Adam Trojanczyk · Structural Silence, Kevin Novak
